RSS
wtorek, 23 listopada 2010

Parę dni temu zostałam facebook'owym "przyjacielem" Blind Concept Store. Wiedziałam, że jak się szuka "melissek", najpierw trafia się tam ale myślałam, że bardziej w realu, na Mokotowską. Nie przyszłoby mi do głowy, żeby spytać tak na forum czy są albo kiedy będą żółte 39 z sercami. Wśród przyjaciół sklepu trwa debata, wymiana informacji. Trwają poszukiwania. Kauczukowe buty trzeba mieć i tyle.

Na początku były zori. Narodziły się w Japonii. Grecja pierwsza miała sandały a Japonia (od IX wieku) zori, w których stopa opierała się na dwóch paskach, łączących się między pierwszym a drugim palcem. Podeszwa była ze słomy ryżowej albo drewna. W latach 40. XX wieku brytyjczyk John Cowie wpadł na pomysł stworzenia plastikowej wersji zori. Jak pomyślał, tak zrobił. Podeszwa została unowocześniona i w sprzedaży pojawiły się pierwsze "flip-flopy". Wkrótce na mapie producentów najwygodniejszego, letniego obuwia na plażę, prym zaczęły wieść firmy z Brazylii. Ot, taka Alpargatas SA. Firmę w 1907 roku założył Juan Etchegaray i Robert Fraser ale to rok 1962 sprawił, że usłyszał o niej świat. Wtedy pojawiła się marka Havaianas, w tłumaczeniu Hawajczycy, z wzorem ryżu na podeszwach, proponująca kauczukowe i hipoalergiczne obuwie. Już w latach 70. havaianasy były kopiowane. Stąd hasło reklamowe "Havaianas-jedyne prawdziwe". Podbiły rynek. Były wszędzie. Na billboardach, w reklamach, w magazynach i na stopach najbardziej znanych brazylijczyków. W 1998 na Puchar Świata marka wypuściła najbardziej znany model z brazylijską flagą. Od 7 lat havaianasy pojawiają się w upominkowych torbach nominowanych do Oscarów. W zeszłym roku w Sao Paulo powstał Espaco Havaianas- największy na świecie sklep marki. Jak mówią jego twórcy "po prostu trzeba go zobaczyć" i ja się zgadzam. Tak samo jak z tym, że w kolekcji butów trzeba mieć chociaż jedną parę. Żeby był ten symbol kolorowego, zabawowego stylu życia. Zakładany jak u Sandry Bullock, nawet do wieczorowej sukni.

havaianas

Gigantem numer 1 brazylijskiego obuwnictwa jest Grendene. Firma powstała w 1971 roku w Rio Grande do Sul. Historia jak z bajki. Zaczęło się od produkowania nakrętek do plastikowych butelek do wina. Skończyło na zostaniu największym w Brazylii producentem obuwia. Wszystko dzięki założycielom Alexandre i Pedro Grendene Bartelle, którzy jakoś tak chcieli spopularyzować brazylijską kulturę i pokazać światu, że przez to, że jest taka a nie inna, inspiracje znajdują na brazylijskich ulicach. Efekt? 5 brandów. Melissa, Grendha, Ipanema, For Kids i Rider (dla kobiet, mężczyzn i dzieci). Pierwsze żelowe buty powstały w 1979 roku. Grendene to odpowiedź na najnowsze trendy, podejście do tematu w duchu eko i rozwiązana kwestia recyclingu.

Melissa. Zna ją każda fashionistka. Powstała w 1979 roku. To mix innowacyjnego wykorzystania kauczuku, gwarancji bycia eko i wkładu najbardziej utalentowanych specjalistów w tym Vivienne Westwood, Alexandre Herchcovitch, J Maskrey, Karima Rashida, Judy Blame, Campana Brothers i Zahy Hadid. Jak mówią o niej twórcy "jest niby wciąż taka sama a jednak inna". Co więcej pachnie gumą balonową. Tą samą, którą żułyśmy jako dzieci. Grozi problem z oderwaniem nosa od butów. Nie tylko więc walory wizualne ale też zapachowe.

melissa

Grendha to z kolei obuwie interpretujące tendencje w modzie dla potrzeb praktycznej, dynamicznej i pracującej kobiety. Jest niskie (zawsze) i niesamowicie wygodne. Szczególnie znane są dwa modele: POP czyli klasyczne baleriny, proste i eleganckie oraz SHOW, które lśnią i mają małą kokardkę.

W końcu Ipanema. Pojawiła się w 2001 roku. Ipanema bo znana plaża Rio i ludzie (ponoć wymiatają). W dodatku ze szczytnymi celami jak ratowanie brazyliskich plemion. Na czele marki stoi Gisele Bundchen, supermodelka i ambasador UNICEF. A obuwie? Jest trendy, lekkie, zmysłowe, z mnóstwem opcji kolorystycznych. I jak pozostałe prezentuje więcej niż modę. Ma wpływ na środowisko i kwestię etyki.

ipanema

Można? Można.

Do kupienia: www.melissa.com.br, www.havaianas.com, www.grendhaflipflops.co.uk, www.ipanemaflipflops.co.uk

19:47, bohovictim
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 listopada 2010

TOMMY TON

 

Tommy Ton jest moim guru. Jego blog jakandjil.com działa jak narkotyk. Po prostu trzeba tam wpadać, bywać, patrzeć na świat mody jego oczami. Oczy Tommy Tona widzą wszystko. Nic im nie umknie. Gadżet w dłoni, odblaskowy cień do oczu, powalająca klamra od paska. Ta torebka nie umknęłaby i mojej uwadze gdybym tylko:

a. miała okazję tam być,

b. miała na tyle szybki refleks, żeby wyciągnąć swojego dość sporych rozmiarów canonka i pewnie zmienić ustawienia,

c. zdążyła założyć drugie oczy, żeby wiedzieć co focę.

W każdym razie... Zabrałam się za poszukiwania najwierniejszej przyjaciółki każdej kobiety- torebki. Nie kierowałam się użytecznością, przeznaczeniem praktycznym, wygodą ani typowym dla nas "pasuje do wszystkiego". Szukałam samograjów, dla których cała reszta mogłaby być tłem.

Co znalazłam? Jak zwykle Jacobsa. Bez niego by się nie obyło. I to nie jednego. Bo i z serduchami i z Miss Marc zwaną też Ugly Doll w 3D. W dodatku z otwieranymi oczami. Na jednego Margielę też nie mogłam się zdecydować. "Papierek po cukierku" rozbraja no a sweter z półgolfem nie? W dodatku jest "niedrogi" (około 450 PLN).

Jaś Galliano zaprojektował na wesoło dżinsową torebkę a la Barbie. Ot, taki kiczowaty słodziak za jakiegoś tysiaka a Alexander McQueen kiedy jeszcze żył stworzył baga inspirowanego malarstwem Boscha za jakieś 4000 PLN. Kolorowo jak zwykle jest u Castelbajaca. Amerykański brand Mandy Coon też zafantazjował z kobiecymi torebkami. Jako towarzysza można mieć np. królika. W podobnej cenie jest torba na laptopa Yazbukey (około 1400 PLN). W końcu są kopertówki Olympii Le Tan, która dołącza do nich metkę "Made in Paris with Love". Za tą love każe sobie płacić 4000 PLN. Na koniec torebki-ogrody w wersji by Stella McCartney (w cenie 4000 PLN) i Kenzo (tańszy o jakiś 1000 PLN). I jeszcze Justine Leiber, która na łańcuszku usadowiła sowę, zebrę i jamnika. Wybieram zebrę. Tak tylko rzucam bo za 16 000 PLN nie kupię;)

MARC JACOBS BAGS

MARGIELA BAGS

GALLIANO BAG

CASTELBAJAC BAG

IT BAGS

KENZO BAG

LEIBER GAB

Do kupienia: www.net-a-porter.com, www.neimanmarcus.com, www.colette.fr

 

 

00:03, bohovictim
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 października 2010

O eco-fashion słyszałam. No, pewnie bardziej o biżuterii z recyclingu ale może to też dlatego, że tą łatwiej potrafię się zachłysnąć. Choć kiedy po raz pierwszy dotykałam tunikę z chusty u Joanny Paradeckiej na Ząbkowskiej, a potem przerzucałam wieszaki z jej sukienkami, żakietami i koszulami, w głowie świtała mi myśl, że może to jednak dla mnie.

Na Wear Fair 2010 czyli targi mody ekologicznej w austriackim Linz jechałam bez przekonania. Zastaniawiałam się, czy to rzeczywiście moja bajka na tyle, żeby zabierać głos. Tymczasem fakt jest taki, że żeby uważać, że coś jest rzeczywiscie nie dla nas trzeba tego spróbować. Potem można decydować. Dbam o środowisko ale do eko w modzie podchodzę z rezerwą. W tej drugiej jest dla mnie ważne to, żeby zachwycała. Uwielbiam ją bo potrafi dokonywać cudów z ludzkimi sylwetkami, potrafi być nieprzewidywalna i można się nią bawić. Jeśli więc miałabym płacić za eco-fashion, to chciałabym żeby i tu moda była tą samą modą. Bez taryfy ulgowej. Nie, że jak eko to wór. Ku radości mojej ogromnej, austriackie targi dały mi dwa dowody na to, że eko może być i modne i modowe. Pierwszy to marka Gebruder Stitch prowadzona przez duet austriaków w składzie Michael Lanner i Moriz Piffl, który szyje jeansy. Unikatowe i na wymiar. Na tyle fajne, że chłopaki w swoich projektach rzucili się w oczy moje już podczas rozpoczęcia imprezy. Drugi brand to berliński Mikenke. Duet żeński w składzie Tina Luther i Rosa Gröszer przemycający do mody elementy matematyczne. Dziewczyny same siebie nazywają modowymi matematyczkami. Geometryczne formy ich projektów są drapowane, rozkładane i składane niczym origami. Zresztą popatrzcie sami.I jeszcze tak na koniec... O czym się przekonałam? Nade wszystko o tym, że trend jakim jest eko warto obserwować, że warto pozwolić mu zająć trochę więcej miejsca w szafie, że nie ma co się zarzekać, że nie wszystko co eko musi być kojarzoną z pojęciem dzianiną. Eko w wersji Mikenke i Gebruder Stitch to ja chcę.

 

mikenke

 

mikenke

00:59, bohovictim
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 października 2010

Jak pisze o nim Tommy Ton: "Związany z Vogue L'Uomo Robert Rabensteiner jest facetem o prawdziwie indywidualnym stylu. On po prostu wie jak mieć własny styl. Nawet w tyrolskim kapeluszu nie wygląda zbyt kostiumowo".

robert rabensteiner looxagency

Pamiętacie sesję, w której Adrien Brody ubrany w garnitur, czerwone skarpetki i tygrysie slippersy, pozuje obok hiszpańskich torreadorów? Albo tą z Lapo Elkannem (powyżej)- zawsze genialnie ubranym wnukiem Giovanni Agnelliego (właściciela Fiata)-obok deskorolkowców? Albo chociażby sesję Jeremy'ego Ironsa, przenoszącą w czasie bo tak niedzisiejszo romantyczną? Wszystkie trzy łączy jedno- osoba Roberta Rabensteinera.

Inspiracje...

czerpał i czerpie z włoskiego filmowca Luchino Viscontiego, bo podobno mają sporo wspólnego, np. to, że oboje pochodzą z północy Włoch. Jak zwykł mawiać "Lubię mysleć o sesjach modowych i interpretować je niczym filmy". O jego pomysłach pojawiających się na zdjęciach mówi się, że są jak dzieła sztuki z różnych momentów dziejowych. O nim samym, że jest unikatowy w zdolności tworzenia tego co nowe i kreowaniu nowoczesnej klasyki.  O jego pracy, że jest ponadczasowa. Tommy Ton zachwyca się sposobem, w jaki ten się nosi. Rabensteiner jest swoją najlepszą wizytówką. Popatrzcie sami:)

robert

zdjęcia: www.models.com (Tommy Ton), www.looxagency.com, www.stylemens.typepad.com

00:43, bohovictim
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 września 2010

O Londynie mówi się, że szary, że pada, że mgła, klimat nie taki, aura niesprzyjająca. Właśnie tam narodziło się jednak centrum mody najbardziej off'owej i awangardowej. Chyba więc jednak z przekąsem nazywany "brytolski" klimat coś w sobie ma i sprzyja... Do Londynu trafić chcą wszyscy, którzy mówią o sobie "myślę niestereotypowo". Do miejsca, w którym tworzą Vivienne i Paul.

Vivienne Westwood jest kwintesencją brytyjskiej mody. Czegokolwiek nie dotyka, zamienia w złoto. Biega, skacze, śmieje się, wszędzie jej pełno. Energię nosi w sobie dziecka a ma 69 lat. Mody poważnej też nigdy nie tworzyła. Zawsze był punk, krata, fantazyjne printy, rozdarcia, łańcuchy, ozdoby. Jak buty to o zapachu gumy balonowej, jak biżuteria to rodem z bajki. Kolekcją na jesień-zimę nawołuje, żeby przypadkiem nie popaść w sen zimowy. Żeby naprzeciw szarudze uzbroić się w kolor i z takim orężem stawić jej czoła. Ma być wesoło, z mrugnięciem oka, z printami, kolorowymi rajstopami, kolanówkami, animowanymi nadrukami.

Vivienne westwood Style.com

Paul Smith jest już brytyjską legendą mody. Zaczął od mody męskiej. Tej uczył się w pępku męskiego krawiectwa-na londyńskiej Saville Row. W 1998 roku dołożył modę damską. Znak firmowy? Multikolorowe paski. Gdzie tylko możliwe. Za wkład w rozwój brytyjskiej mody został uhonorowany tytułem "Sir". Jego moda, zawsze tak samo młoda, energetyczna, wesoła...  Taka sama będzie tej jesieni i zimy. Znowu będą sweterki z kolorowymi nadrukami, zaznaczone paskami talie, kaszkiety, piękne botki, kobiece spódnice i sukienki.

Co nam zostaje? Z uśmiechem na twarzy wykorzystać pomysły ikon brytyjskiej mody i zainspirowac się nimi przy tworzeniu własnych jesiennych outfitów. Żeby nie dość, że aura niesprzyjająca, zimno i pada, to jeszcze na ulicach, w klubach i miejscach pracy nie było niesprzyjająco;)

Paul Smith Vogue.com

00:14, bohovictim
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 sierpnia 2010

Czasami przystaję i zastanawiam się "kurde, przecież ja już tu byłam, już to robiłam". Deja vu. Może przez to, ze analizuję więcej, że zwracam uwagę, że jakoś tak nie macham  na wszystko ręką. Nie wiem, ale w tym tygodniu deja vu doświadczyło na pewno więcej osób niż ja jedna. Wszystko za sprawą Timexa.

timex 80's

Butikownia Zegarkowa ulokowała się na Świętokrzyskiej 5. Chodziło o prezentację marki, która od ponad 150 lat tworzy zegarki. Trzy serie: Sport&Outdoor, Originals i 80's. Pierwsza to zegarki ze sporych rozmiarów tarczami i mniej lub bardziej masywnymi paskami, odpowiednie do joggingu, na rower, na wyprawę na skałki. Druga w duchu retro, z dużymi tarczami, rozciągliwymi bransoletami i patynowaniem. W końcu trzecia. Zamarłam. Przypomniała mi się śliczna, blondwłosa laleczka, paradująca z zegarkiem...takim jak każdy z tych Timexów. Wtedy opcji kolorystycznych było do zliczenia na palcach jednej ręki. Białe, czarne, złote i srebrne. Teraz, nie to, że mnóstwo kolorów ale to, że samemu można mieć wpływ na to jak będzie wyglądał "mój Timex" bo osobiście go "zbuduję", czyli, że może być żółto-zielono-niebiesko-seledynowy. Jak lego. 80'sy zdobyły moje serce. Stety, niestety, przyszedł czas, kiedy niepodzielnym rządom Swatcha powiedziałam "goodbye" i oznajmiłam mu, że od teraz jest ich dwóch.

timex 80's

 

 

23:55, bohovictim
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 sierpnia 2010

Alison Lewis chciała tworzyć modę ponadczasową. Jeśli wydaje wam się, że za chęcią niepodlegania biegowi czasu stoi klasyka, jesteście w błędzie. Ponadczasowość w wydaniu Lewis znaczy: kwiatowo, vintage'owo, retro...i ultradziewczęco.

Jeszcze do niedawna na nowojorskiej scenie modowej istniał brand Mooka Kinney. Stały za nim Rachel Antonoff i Alison Lewis. Było w duchu retro. Rozpisywały się redaktorki Nylon'a, a dziewczyny robiły swoje zagrabiając sobie przychylność coraz to większych zastępów romantycznych vintage-loverek. Mooka Kinney z czasem przestała jednak istnieć. W zamian za to powstały dwie autorskie linie Rachel i Alison. Brand tej drugiej, światło dzienne ujrzał w zeszłym roku, kiedy Lewis zaprezentowana kolekcję wiosna-lato. Jak można było się spodziewać: retro, vintage, z falbankami, szortami z wysoko zaznaczoną talią, delikatnymi printami i kwiatami we włosach. Ponadczasowo, jak powiedziała Alison: "chciałam stworzyć taką odzież, którą kobiety będą trzymały w swoich szafach, przez wiele lat, niezależnie od trendów". Dodałabym, "w dodatku działającą jak rozweselacz".

 

Do kupienia tutaj. Do zobaczenia na www.lewisnyc.com

alicon lewisalison lewis

www.fashionindie.com

12:09, bohovictim
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 sierpnia 2010

Ray-Ban'owskie wayfarery podbiły świat wiele lat temu. Potem wokół nich zrobiło się cicho. 3 lata temu zaczął się kolejny boom. Każdy chciał je mieć. Wokół mnie były osoby, które pozbawione wady wzroku nagle zaczęły "niedowidzieć" bo trzeba mieć wayfarery. Były czarne i szylkretowe. Te przede wszystkim. Ale wyobraźnia twórców marki nie zna granic. Jak widać poniżej.

rayban rare printsrayban rare prints

Co więc dostaliśmy? Serię Rare Prints. Zabawną i fantazyjną. Z unikatowymi wzorami. Graficznymi, landrynkowymi i pstrokatymi. Krzyczącą "Wayfarer Kwiaty" albo "Wayfarer Metro". Za wzory odpowiadają ilustratorzy tej miary co team Vahalla Studios, współpracujący z MySpace. Możecie o nim poczytać tutaj,niemiecki ilustrator i grafik Andreas Krapf czy David Sossella i wielu innych. Rzućcie jeszcze okiem na  spoty reklamowe. Bajeczne:) Więcej na Ray-Ban.com

16:18, bohovictim
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 sierpnia 2010

Caroline Sieber jest jednym z najgorętszych nazwisk na nowojorskiej scenie mody. I chyba można zaryzykować stwierdzenie, że to kolejny strzał Anny Wintour. Kolejny celny. Bo Sieber z dnia na dzień staje się fashionową ikoną. Ognia dodaje fakt, że podobno nie zakłada niczego dwa razy. Tylko podobno, bo dociekliwi jednak znaleźli dowody na to, że Sieber czasami pojawia się na dwóch eventach w tej samej sukni;)

Caroline Sieber

caroline sieber

Jest austriaczką. Do Londynu przyjechała kilka lat temu by zostać księgową. Jak się jednak okazało, zamiast prowadzenia ksiąg rachunkowych, wybrała pracę jako stylistka. Patrząc na nią, wybór nie dziwi. Potem było wesele Jemmy Kidd (siostry Jodie) i Arthura Morningtona. Była tam Sieber i była królowa amerykańskiej mody Anna Wintour. Ta druga zatrzymała na niej wzrok. Jak nietrudno przypuszczać, zatrzymała na dłużej i zachwycona zaprosiła austriaczkę na Costume Institute Gala. Wszystko miało miejsce 5 lat temu. Od tamtej pory Sieber pojawia się na najważniejszych pokazach mody i imprezach fashionowych. Co więcej, została ambasadorką marki Chanel. Jej styl określa się jako nowoczesną, odświeżoną wersję ikony Sieber- Jane Birkin co jest bardzo po myśli Caroline, fanki lat 60-tych, celującej w markach typu Balenciaga, Burberry Prorsum, Balmain, YSL czy Chanel. Opinii o niej jest sporo, dlatego powstały dwa obozy: pro i anty Sieberowy . Pierwszy skupia jej wielkich fanów i sprzymierzeńców, uważających, że jest skromną i ciepłą osobą. W drugim są ci, którzy uważają, ze jest wyniosłą "księżniczką" zadzierającą nosa, w dodatku z zamożnego austriackiego rodu. Jedno jest pewne, Caroline Sieber wzbudza emocje i jako ikona stylu i jako osobowość. A to z pewnością dobrze rokująca wróżba.

zdjęcia: www.zimbio.com

10:49, bohovictim
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 lipca 2010

Pamiętam, że odkąd dostałam "indyjską schizomanię" fascynowali mnie sikhowie i sadhu. Obserwowanie ich w Indiach dostarczało fenomenalnych emocji. Podróżowanie z nimi pociągami, rikszami, podglądanie ich... to było coś. Ta słynna indyjska magia. Owa magia trafiła kilka lat temu ( i już została) na nowojorski Fashion Week. Nazywa się Waris Ahluwalia. Czaruje w pierwszym rzędzie.

waris ahluwalia

Ahluwalia jest totalnie nietuzinkowy. Szybko zapada w pamięć. Jak ktoś pyta "kto to, ten w turbanie?", to chodzi o niego. Pojawia się w najbardziej znanych magazynach modowych: Vogue, L'Officiel, Harper's Bazaar, InStyle itd. On i jego biżuteria obrandowana House of Waris. A zatem...

Waris Ahluwalia urodził się w Amritsarze. Tak, tak, tym od Złotej Świątyni. Mieszkał tam niedługo bo jego ojciec ponoć całe życie marzył o Ameryce. Musiał mocno chcieć bo 5 lat później marzenie się zmaterializowało. Nowym domem Ahluwaliów został Nowy Jork. Waris szybko zaadaptował się do nowych warunków. Długo zaś szukał swojej drogi. Miał być lekarzem, ale nie potrafił spełnić się w medycynie. Prawnikiem, ale czuł, że nie tędy droga, Wydawcą magazynu, ale też szybko zrezygnował. Wiedział jedno. Że nie chce pracować dla kogoś. I że ma być artystycznie.  Wkręcił się w nowojorską bohemę i uznał, że skoro artystycznie, to trzeba coś zaprojektować. Na przykład biżuterię. Na początek, dla bajeru kilka pierścieni. Ozdobiwszy swoje palce , Waris wybrał się do LA, gdzie zwrócono na nie uwagę i wyrażono zachwyt. Co więcej zamówiono kilka modeli pierścieni a potem wyprzedano. Machina ruszyła. Ahluwalia przestał być hinduskim Mr. No Name. Narodził się House of Waris. Do LA najwidoczniej musiał dotrzeć, bo jak się okazało na biżuterii się nie skończyło. Ahluwalia dostał angaż w filmie. Jeśli oznaką statusu aktorskiego jest towarzystwo to dobrze mu idzie. Spike Lee, Bill Murray, Adrien Brody, William Dafoe. Czego chciec więcej? Szczęśliwy sikh dla indyjskich sikhów stał się wzorem. Dzieli się z nimi swoim życiowym doświadczeniem. Idealistycznie, może trywialnie. Ale jeśli to on podpisuje się pod hasłem "Podążaj za głosem serca. Bo jeśli nie podejmiesz ryzyka, nic się nie wydarzy" to właściwie czemu mu nie wierzyć? Ja tam wierzę i wiem, że facet rzecze prawdę.

waris ahluwalia

zdjęcia: www.nymag.com

22:58, bohovictim
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14